Monday, 12 December 2016

„Ale Kamila to ty szanuj!” – i to wcale nie z powodu olimpijskich medali.//‘But you gotta respect Kamil!’ and it’s not about the Olympics.


*English version's below the cut*

681 dni. Tyle właśnie czekaliśmy na powrót Kamila Stocha na, moim zdaniem, jedynie słuszne miejsce – szczyt podium. Jeżeli śledzicie bloga od dłuższego czasu to z pewnością już wiecie, że Kamil jest dla mnie postacią absolutnie wyjątkową. Powodów jest wiele, a część z nich potrafię nawet zawrzeć w słowach. Uznałam, że wspomniany długo wyczekiwany tryumf jest świetną okazją, by wreszcie to zrobić.


Wszystko zaczęło się w roku 2005 we włoskim Pragelato, gdzie Kamil zadebiutował w zawodach Pucharu Świata poza granicami Polski. Sensacyjne siódme miejsce przykuło uwagę wszystkich. Na kolejny wynik w pierwszej dziesiątce trzeba było jednak czekać długo (udało się to dopiero dwa sezony później), więc powszechne zainteresowanie skupione było (oczywiście i słusznie!) na Adamie Małyszu. Ale nie moje. Wiadomo, gorąco kibicowałam Adamowi, dmuchałam w telewizor, płakałam po zwycięstwach i porażkach, robiłam masę innych dziwnych rzeczy, ale od tego szalonego konkursu z Pragelato w głowie 9 letniej jeszcze wtedy mnie coś zaczęło się zmieniać. Kończące się ze zmiennym szczęściem (to dość delikatne ujęcie sprawy, ale nie chcę tu opowiadać całej historii kariery Kamila) występy, jak to się wtedy mówiło, „bardzo obiecującego juniora”, stały się przynajmniej równie ważne jak czarodziejskie skoki Adama. 

A bywało naprawdę różnie. Często dla Kamila brakowało nawet miejsca w, przecież nie tak znów wtedy wspaniałej, kadrze na zawody Pucharu Świata. Te problemy wywoływały wtedy u Kamila wiele, wiele (naprawdę naprawdę wiele) negatywnych emocji, których kibice skoków narciarskich niepamiętający go z tego okresu pewnie by się po nim nie spodziewali. Było rzucanie nartami po nieudanych skokach i byle jakie, pełne złości lądowania, które nierzadko kosztowały go niezbędne do awansu do kolejnej fazy punkty. Ileż razy złościłam się na niego o to!

Złoszczę się, cieszę i smucę wraz z nim, martwię się na zapas i bez zapasu. I tak już od dwunastu lat. Musicie wybaczyć patos, który z pewnością przebija w tym poście z każdej linijki. O Kamilu nie mogę inaczej.

Co może jest na swój sposób paradoksalne (a może właśnie perfekcyjnie logiczne), bo tym, co lubię w nim najbardziej jest właśnie między innymi jego humor i spontaniczność. Wszystkie szalone „cieszynki” z kolegami, wszystkie żarty i dobry humor nawet w trudnych sytuacjach. I „Nie skupiam się na medalach, ale w sumie jak tak myślę, to głupio byłoby wrócić bez jednego” przed Igrzyskami Olimpijskimi w Sochi. Ale też odwaga, żeby czuć się źle, kiedy jest niedobrze. Łzy w oczach przed kamerą, kiedy odnawia się kontuzja i cały świat zdaje się być przeciwko niemu. Złość, kiedy jest zły. I oczywiście szczerość. Bardzo sobie cenię właśnie jego bezpośredniość i emocjonalność, którą po wielu latach zmagań udało się przekuć w siłę zamiast słabości. 

I te niepohamowane wybuchy radości, kiedy idzie, tak jak powinno. Bo wtedy można. Wtedy cieszymy się wszyscy razem.

Poza tym niewątpliwie śmiałość, niezłomność. Pamiętam jak na Mistrzostwach Świata w Val di Fiemme w 2013 w pierwszym konkursie nieudany skok w serii finałowej pozbawił go medalu. Wszyscy byliśmy załamani (poza Piotrkiem Żyłą, który jak zwykle starał się nieco rozluźnić atmosferę). Ale Kamil się nie poddaje, więc już w kilka dni później cieszyliśmy się ze złotego medalu. Pamiętam, jak potem pytany w wywiadach, czy po tym pierwszym nieudanym konkursie w drugim wziąłby w ciemno srebro lub brąz, żeby tylko nie wrócić do domu z pustymi rękami, mówił, że nigdy w życiu. Że nie o to chodzi, bo trzeba wziąć się do roboty, iść na skocznię, dać z siebie wszystko i niech się dzieje, co chce. „Niczego nie biorę w ciemno” mówił wtedy. 

Nie mogę nie wspomnieć o jego (moim zdaniem nieprawdopodobnie wręcz uroczym) przywiązaniu do kibiców. O „przepraszam, że tylko tyle” po zajęciu trzeciego miejsca na zawodach w Zakopanem, bo przecież, kiedy jesteśmy wszyscy razem, to wygrywamy… O „zrobiłem to dla kibiców”, gdy oddał swój skok w tym roku, kiedy tory na Wielkiej Krokwi topniały w oczach, niektórzy zawodnicy rezygnowali ze startu w obawie o swoje bezpieczeństwo, a my mokliśmy na trybunach, na których staliśmy dla niego, z drżącym sercem patrząc na ten skok. O tym, jak któregoś lata w Wiśle spędził przy barierkach jakąś nieprawdopodobną ilość czasu, dopóki chyba każdy z tysięcy chętnych nie miał szansy na zdobycie autografu czy zrobienie sobie pamiątkowego zdjęcia. Wszyscy już dawno ze skoczni odjechali, a Kamil z delikatnym uśmiechem powtarzał setne „proszę bardzo” kolejnej osobie pełnym ekscytacji głosem dziękującej za poświęcone jej sekundy.  O tegorocznym Letnim Grand Prix w tym mieście, kiedy po zawodach przebiegł na drugą stronę wybiegu skoczni, by spędzić trochę czasu z kibicami z trybun, na których nie ma nigdy szans na zdjęcie czy autograf. Zeszło z tym zresztą dość długo, bo chętnych było sporo. 

Ale w sporcie, wiadomo, oprócz tych, którzy wspierają, są też tacy, którzy robią coś wręcz przeciwnego. Jest wiele sposobów na radzenie sobie z hejterami, i podziwiam każdego, kto jakąś metodą robi to z wdziękiem, ale Kamil był dla mnie w tym zawsze mistrzem. Szczególnie w tym kontekście pamiętam sezon 2012/2013, drugi bez Adama, kiedy wszyscy byliśmy jeszcze nieco zagubieni i właściwie nikt nie wiedział, jak to będzie teraz wyglądać. Skończyło się wspomnianymi już Mistrzostwami Świata w Val di Fiemme, ale tego jeszcze nie wiedzieliśmy.

Z początku wyglądało zresztą na to, że rzeczywiście jest się czym martwić. Właściwie trudno było nie patrzeć na przyszłość w czarnych barwach. Kwalifikacja do drugiej serii zawodów w kilku pierwszych tygodniach stanowiła dla Kamila spore wyzwanie. Natychmiast pojawiło się więc wiele złośliwych żartów odnośnie tego, jakim to „następcą” jest Kamil i jakie to w ogóle wszystko żałosne. Ale potem przyszedł Engelberg, gdzie wszystko się zmieniło. Kamil, niespodziewanie nawet dla samego siebie, zajął drugie miejsce w konkursie. „Najfajniej było dziś oddać dwa skoki w konkursie, bo ostatnio nie zdarzało mi się to często” mówił wtedy. W rozmowach z dziennikarzami odnosił się potem do całej sytuacji i pamiętam, jak dziękował kibicom, którzy cały czas go wspierali i pisali miłe słowa w Internecie. Wyglądało to na ułożoną wcześniej przemowę, która kończyła się słowami „To wam się należało”. Kiedy je wypowiadał łamiącym się głosem, miał łzy w oczach. Ja (oczywiście) popłakałam się ze wzruszenia. 

O hejterach nie padło ani jedno zdanie, przecież po prostu nie zasługują na taką uwagę. Ale słychać było wyraźnie, chociażby kiedy mówił o komentarzach w Internecie, że o nich wie, że słyszał. Tylko po prostu nie mają żadnego znaczenia.

Podobnie było zresztą po wczorajszym zwycięstwie, kiedy ze śmiechem mówił: „dziękuję tym, którzy wierzyli, a tym, którzy nie – no to nie.” Ot, i cały Kamil. 

Przeszedł niezwykle długą drogę i to już jeden z tych moich setek powodów. Nie było lekko, bo po długich latach posuchy przyszły trudne chwile ogromnej presji i łatki „następcy Małysza”, były upadki i błędy w najważniejszych momentach, koszmarne początki królewskich sezonów, zwycięstwa niespodziewane i te przez wszystkich wyczekiwane, a gdy wreszcie wdrapał się na ten od dziecka wymarzony szczyt (wszyscy chyba pamiętamy dwunastoletniego chłopca, który doskonale już wiedział, że chodzi mu o medal olimpijski), szybko okazało się, że utrzymanie się na nim może być wyzwaniem największym ze wszystkich. Nie było dobrze. 681 dni to w tym przypadku niezwykle dużo czasu. Może część z was pamięta, jak Kamil odetchnął z ulgą po oddaniu swojego ostatniego skoku w zeszłym sezonie. Wielu  z nas chyba zrobiło to samo, bo czasem trudno było patrzeć na to, jak męczy się na skoczni, właśnie tam, gdzie powinien czuć się jak ryba w wodzie. 

Ale Kamil ani razu się nie poddał. Z determinacją, uśmiechem i niezwykłą gracją lawirował między wszystkimi tymi przeszkodami, nie zapominając o tym wszystkim, co dla niego najważniejsze. I udało się. Osiągnął tak wiele wspaniałych rzeczy, a teraz, po tym ciemnym czasie, znów wrócił na swoje miejsce. To 16. wygrana w Pucharze Świata i 31. podium w karierze. Może taki pojedynczy tryumf w jednych z wielu zawodów wydaje się mało istotny w porównaniu z medalami najważniejszych imprez, ale ja jestem z niego dumna jak po największych sukcesach.

Bo spaść ze szczytu i mieć w sobie siłę, by dotrzeć tam ponownie, nie gubiąc po drodze siebie, to największe zwycięstwo, jakie mogę sobie wyobrazić.

A to przecież jeszcze nie koniec.

Życzę wam wspaniałego tygodnia, a wam i waszym ulubionym zawodnikom niezapomnianego sezonu! 

PS – jeżeli ktoś miałby ochotę wybrać się w sentymentalną podróż po zakamarkach Internetów (jak ja to zrobiłam przygotowując się do pisania tego posta), większość wspomnianych przeze mnie wywiadów można znaleźć na portalu skijumping.pl

PPS – pewnie każdy z Was jest w stanie napisać podobny pean na cześć swoich ulubionych zawodników. Jeśli macie chęć – zapraszam, sekcja komentarzy zawsze otwarta na zachwyty. Zwłaszcza, jeśli może na co dzień brakuje wam wystarczająco entuzjastycznej publiczności. Ja Was zrozumiem! ;)

Trzymajcie się ciepło!

///



681 days. That’s how long we waited for Kamil Stoch to get back to his (in my opinion) rightful place at the top of the podium.  If you’ve been following the blog for a while, you already know that Kamil is an absolutely special figure for me. I have a thousand reasons for that, some of which I can put into words. Yesterday’s win made this a great time to finally get to it.

Everything started 11 (almost 12) years ago in 2005 in Pragelato, where Kamil had his debut in the World Cup outside Poland. He ended up 7th, which was a huge surprise for everyone. But since his next result in the Top 10 happened two seasons later, everyone’s attention quickly turned fully back to Adam Małysz and his magical jumps. Well, not exactly everyone’s. 9 years old me felt something gradually changing since that competition in Pragelato. Soon Kamil’s performances (sometimes good, sometimes really bad ones) became just as important as Adam’s ski jumping wizardry.

And when I say ‘really bad’, I actually mean it. Sometimes he wasn’t even good enough to make it to the team for the World Cup (and our team wasn’t all that great back then).  All of those problems used to cause a lot (like a lot a lot) of negative emotions that fans who don’t remember Kamil from that time would have never expected of him. He sometimes would just furiously throw his skis away.  There were also really bad landings when he seems just full of anger after a bad jump – they sometimes cost him those few points missing from qualification for the next round. I used to get so mad at him! 

I get mad, I cry, I am proud and happy or super sad, I worry when it’s needed and when it’s not… I’ve been doing it for twelve years now. So forgive me for the pathos that probably is going to attack you from every sentence of this post. I just don’t know any other way to talk about Kamil. 

Which is probably a little absurd (or maybe perfectly logical?) since one of the things I like most about Kamil, is his sense of humour and his spontaneity. All the craziness when he’s happy about the result, all of the jokes and his good attitude even in the most difficult moments. And the “I don’t really think about the medals, but actually it would be probably  a little awkward to come back without one” before the Olympic Games in Sochi (or as it was later called by some – Stochi). And the courage to feel bad when it’s bad. The tears in his eyes when his injury is back and everything seems to be piling up against him. Being angry when there’s a reason. Just his honesty. His openness and sensibility that, after years of stuggle, became his strength, not his weakness.

And those unrestrained outbursts of joy, when things go his way. Because you can then. Then we’re happy together, all of us.

More than that, his boldness and endurance. I remember the World Championships in 2013, when a bad jump in the final round deprive him of a medal. Everyone was pretty depressed (except for Piotrek Żyła, of course, he’s the one always trying to lighten the mood). But Kamil never gives up and so only a few days later we were celebrating his win in the second race. The journalists later asked him if before the competition he would buy a bronze or silver medal sight unseen, just so that he wasn’t left empty handed. ‘No, never. It’s about going out there and doing your job, doing everything you can and let the rest happen the way it’s gonna happen.’ He used to say to them. ‘I don’t buy anything sight unseen.’

I also cannot forget about his amazing attitude towards his supporters. I have to write about that time he asked us to forgive him that it’s “only this much” after coming up third in a competition in Zakopane. Because when we’re all together, we are supposed to win. Or that time he “jumped for the fans who stayed” when the weather in Zakopane was awful and some other athletes resigned from their start, worried about their safety. We, on the stands, kept standing there for Kamil, fearing something bad will happen. But both we and him stayed and did our jobs. For each other. Or when he spent what seems like a whole afternoon after one of the summer competitions in Wisła giving autographs and taking photos with thousands of people who wanted one. Everyone else was long gone, when he was saying “you’re welcome” with a small smile for a hundredth time. Or that time during this year’s LGP in Wisła, when he ran to the other side of the hill, where the fans never have a chance to get an autograph or a high-five from their idol and made sure everyone felt appreciated and happy.

But in sport you also have haters. I always admired the way he dealt with them. Like a few years ago, at the beginning of our second season without Adam (2012/2013), when we were still a little lost and nobody was sure how everything is going to play out. It ended with him becoming the World Champion, as I already mentioned, but we didn’t know that yet.

And it seemed pretty hopeless at the start of the season. For a few weeks, even qualifying to the final round was a big challenge for Kamil. So, of course, a lot of people started throwing nasty comments about what kind of “Adam’s successor” he is and how pathetic it all is. But then the weekend in Engelberg came and everything changed. He got a second place in one of the competitions and, as he later said “the best thing about it was getting to jump two times during a race, because it wasn’t so common lately”. He also thanked all of the fans who stood by him and wrote so many nice comments on the Internet and supported him through all the madness. It seemed like a speech he prepared beforehand and it ended with: “You deserved that”, meaning his win. His voice broke when he got to that part and there were tears in his eyes. I, of course, cried my heart out for hours after that (as you can see, that’s just the thing I do when it comes to ski jumping). But there wasn’t a word about the haters, even though I’m sure everyone thought about them when he mentioned the Internet. It was just like they weren’t worth any attention, like they didn’t matter at all. And they don’t, do they?

Similar thing happened yesterday after his win. ‘I want to thank everyone who believed in me. And those who don’t… well, not them” he said and laughed. That’s just Kamil for you.

His came a long way and that is already one of my hundred reasons. It wasn’t easy. After long years without good results came the time of putting him in a box labeled “Adam’s successor and nothing more”, there were falls and mistakes in crucial moments, awful beginnings of amazing seasons, surprising wins and long awaited successes. And when he finally climbed all the way to the top of the mountain it turned out that managing to stay there may be the biggest challenge of all. It was bad. 681 days is a pretty long time. Maybe some of you remember how relieved he was after his last jump in the previous season. Ski jumping, his biggest passion, was a total drag that year. 

But he never gave up. Not once. With determination, a smile on his face and his natural charm he was maneuvering between all those obstacles for the past two years and he didn’t forget what was always important for him. And it worked. He achieved so much, and now, after that dark time, he’s back where he belongs. It’s his 16th win and 31st podium in the World Cup. Just another single competition may seem like nothing compared to his successes in the biggest events in the world. But for me… I’m just as proud now as I was when he became the Olympic Champion twice in one week. 

Because you can fall from the top, that happens. But building enough strength to get back up there without losing who you are is, for me, the greatest win in the world. 

And he’s not done yet. 

I wish you a great week for yourselves and an unforgettable season for your favourite athletes. ;)

PS – most of you could probably wrote a heartfelt essay like this one about your own ski jumping idols. So, if you feel like it, go ahead! The comment section is all yours. ;) Especially if you lack a proper audience for that kind of thing in your daily life. I’m here. I get you. I really do. We can be weird and excited together.

Take care!

2 comments:

  1. Hej, hej :)
    A ja się nie będę o moich ulubieńcach rozpisywać, tylko podziękuję Ci za ten wpis :)
    Kamil jest tym skoczkiem od którego wszystko się zaczęło.. cała moja przygoda ze skokami. Ale o tym na pewno zrobię wpis na swojego bloga :)
    Pozdrawiam!

    oczami-skokomaniaczki.blogspot.com

    ReplyDelete
  2. Myślę że Kamil jest dobrym przykładem, że trzeba 100 razy przegrać,żeby raz wygrać.
    Początki jego kariery były trudne tak jak większości skoczków. Jako mały skoczek miał już swoje cele,marzenia. Ciężka praca, wysiłek doprowadziły go do spełnienia marzeń. Każdego roku starał się był co raz lepszym i tylko mogliśmy podziwiać jego postęp. Po lekkim kryzie, wrócił i wrócił silniejszy :)
    Gratulacje :)
    http://dreamerworldfototravel.blogspot.com/2016/12/w-ten-swiateczny.html

    ReplyDelete